Results 1 to 2 of 2

Thread: Przeniesiony: Wspomnienia kuriera - Northrand

  1. #1
    CG Administrator CompeR's Avatar
    Join Date
    Jul 2011
    Posts
    1,890

    Przeniesiony: Wspomnienia kuriera - Northrand

    Oryginalny autor: Vlaadmir
    Śnieg siekał mą twarz jak miliony igieł. Mój koń z trudem przebijał się przez kolejne zaspy zagradzające drogę. Jeszcze jedno wzniesienie... Dalej będzie z górki.
    U pasa miałem mały bukłaczek z resztką dawno zamarźniętej wody. W schowku pod grubym płaszczem wiadomość od króla Krasnoludów. Zapieczętowany list, który za wszelką cenę miał dotrzeć do skutej wiecznym lodem fortecy w sercu Northrandu. Kawałek papieru, który miałem chronić własnym życiem. Wart małą fortunę, którą otrzymała Gildia Strzał za wykonanie przeze mnie zadania. Małą fortunę, z której zobaczę nędzne grosze...
    Cóż praca jak każda. Był czas, kiedy uważałem ją za lepszą niż przerzucanie gnoju.
    Dzisiaj przeklinam chwilę, kiedy przydzielono mi to *arcyważne* zadanie...
    Palce skostniały w grubych, skórzanych rękawicach. Nie czułem już żadnej części ciała. Wduszałem głowę w futro płaszcza tak, że myślałem, że po wszystkim nie będę mieć już szyi... O ile w ogóle wrócę z tego lodowego piekła.
    Wokół mnie wciąż piętrzyły się skały, niczym iglice strzelające w niebo, mieniące się bielą i błękitem legendarnego wiecznego lodu skuwającego ten kraj w żelazne kajdany. U stóp tych olbrzymich skał zalegały fałdy śniegu, który zdawał się być wszechobecny. Były godziny, w których oddychałem śniegiem.
    Przemoczone skóry zamarzły i zesztywniały, niech sczeźnie ten grubas, który mi je sprzedał (paaanie, każdą zimę wytrzyma, tego, z wilkooora). Przeciągnąłbym wieprza po tym śniegu w jego płaszczach. Piętnaście godzin, psia mać, koń mi zaraz zdechnie...
    Kiedy pokonałem kolejne wzniesienie zza zamieci niczym z gęstej mgły zaczął wyłaniać się zamek Ludzi Północy. Nareszcie...

    Miejsce łatwo było przeoczyć, jako że zasadniczą część fortyfikacji stanowiły strzeliste skały okalające stolicę Northrandu. Pomiędzy nimi, u wejścia do wielkiego wąwozu wzniesiono solidny kamienny mur z prostokątnymi wrotami wysokimi jak trzech rosłych mężów. Czerwone proporce z godłem Ludzi Północy - odciśniętą złotą łapą wilkora - stanowiły jedyną dekorację. Po paru chwilach byłem już u bram, które rozstąpiły się przede mną. Całe szczęście, nie miałbym siły wydać z siebie jęku na tym przeklętym mrozie...
    W obrębie fortecy śnieżyca zelżała, przytłumiona przez otaczające miasto zewsząd lodowe szczyty. Zwieńczenie grodu stanowiło zamczysko górujące nad najwyższymi z lodowych gór. Masywne, wysokie, lecz o prostej bryle, urzekające dumną surowością.
    Całe z resztą miasto sprawiało wrażenie niezwykle... praktycznego. Kamienne mury, drewniano - słomiane strzechy. Okna i drzwi tam gdzie potrzeba, zagrody blisko domostw i nic ponad to. Żadnych dekoracji, zdobień, rzeźb, zero przepychu czy ekstrawagancji. Surowa, północna praktyczność w czystym wydaniu.
    Wejście między domostwa przytłoczyło mnie nieco. Ciasno ułożone budynki frasowały klaustrofobicznością. Siłą rzeczy musiałem zostawić mojego umęczonego konia w karczmie, tam więc się wpierw udałem.

    Z ledwością wyciągnąłem skamieniałymi palcami kilka miedziaków dla karczmarza, który ku mojej uldze przywiązał i nakarmił za mnie konia, burkając przy tym trzy słowa na krzyż. Nie za pamiętałem wiele z rozmowy z nim. Raz, że Ludzie Północy nie są ani gościnni, ani wylewni. Ci ludzie nie marnują jedzenia, wody, przestrzeni, czasu ani słów. I nie lubią obcych. Bardzo nie lubią... Moją uwagę rozproszyła jednak nie obcesowość gospodarza, ale przebywający w okolicy karczmy mężczyźni, którzy zdawali się milknąć, ilekroć znalazłem się w zasięgu wzroku. Wrażenie, że mnie obserwują i nabierają wzmożonej czujności było tak silne, że wręcz nachalne. Czułem się źle zwłaszcza pod wzrokiem rosłego, siwobrodego wojownika noszącego hełm z dwoma zakrzywionymi rogami, który świdrował mnie ciężkim wzrokiem obracając w rękach włócznię... Jako dziecko słuchałem bajek o Conroy'u włóczniku, ten facet wyglądał tak, jak sobie wyobrażałem tego okrutnego barbarzyńcę...

    Pospiesznie opuściłem karczmę kierując się w górę osady, ku masywowi zamku królewskiego. Nogi miałem zwinne niczym dwa słupy soli. Szczęściem śnieg sięgał tu tylko do połowy łydek.
    Ci ludzie... Mijałem niezliczone domostwa, z których wyglądali na mnie mieszkańcy, głównie kobiety (cholera, niejeden piechur pozazdrościłby tym babom muskulatury!) i dzieci. Wyglądało to tak, jakby wszyscy nagle porzucili swe zajęcia, by oglądać nietypowe zjawisko, jakim był przemarźnięty chudzielec sunący z ledwością przez ich miasto. Każde z nich, nawet kilkuletnie berbecie miało ten sam wyraz twarzy. Nie było w nim gniewu, groźby, litości, czy choćby ciekawości, jedynie... czujność.
    W pobliżu zamku pojawiały się budynki o charakterze militarnym, stajnie, szranki, jakieś zagrody, nawet świątynia, czy posąg wyobrażający lokalne bóstwo, słowem cywilizacja.
    Właśnie kiedy to pomyślałem ujrzałem małą arenę, na której jakiś olbrzymi wojownik rozebrany do pasa (na tym mrozie!) mocował się z górskim niedźwiedziem... I zdawał się górować nad zwierzęciem, sprowadzając je do parteru. Przyśpieszyłem kroku mimo potwornego bólu.

    U bram zamku odruchowo sięgnąłem do ukrytej kieszeni, by wymacać papier, który miałem przekazać. Porażka, czy co gorsze - zgubienie dokumentu spowodowałoby, że moja głowa ozdobiłaby pewną bogato już zdobioną flankę muru Gildii Strzał. O ile król Northrandu nie wyręczyłby Gildii w tej kwestii...

  2. #2
    CG Administrator CompeR's Avatar
    Join Date
    Jul 2011
    Posts
    1,890
    Przekroczyłem próg ogromnego hallu, w którym panowała grobowa wręcz cisza. To właśnie ona uderzyła mnie pierwsza. Nie wysokie na ponad dwadzieścia metrów pomieszczenie z dwoma rzędami balkonów po bokach. Nie półmrok, który zdawał się być gęstszy od zamieci. Cisza. Nawet wiatr grający wiecznie ponurą nutę w tym lodowym piekle nie ośmielił się tu odezwać. Wyprostowałem się i wyprężyłem pierś, starając się jak zwykle godnie reprezentować mój urząd i królestwo, w imieniu którego dostarczam wiadomość.
    Wykonałem kilkanaście kroków i zacząłem dostrzegać więcej przez gęsty półmrok sali, którą szedłem.
    Stąpałem po dywanie, który w istocie był olbrzymim proporcem podobnym do tego z murów. Właśnie zbliżałem się do wielkiej złotej łapy wilkora wyszytej w krwistej purpurze materiału. Kilka metrów po bokach od obszernego dywanu stały rzędy zakutych w zbroje strażników. Ich pełne hełmy całkowicie zakrywały twarze, lecz zwrócone były w moją stronę. Wszystkie. Ich włócznie lśniły w spokojnym, wątłym blasku kandelabrów. Uniosłem głowę - na dwóch rzędach balkonów również niczym od linijki stali opancerzeni wojowie, zbrojni w kusze. Wszyscy wpatrzeni we mnie. Gdybym powiedział, że poczułem się nieswojo skłamałbym tak bardzo, jak gdybym powiedział, że było mi troszkę chłodno. To było upiorne... Zimno, ból, cisza i ten ciężki wzrok niemego tłumu zdusił mnie tak, że skurczyłem się o połowę. Przygarbiony lekko pokuśtykałem dalej, a paręnaście metrów przede mną znajdował się kres wyprawy.
    Legendarny tron z wiecznego lodu. Słup błękitnego kryształu rozpoczynał się u kresu purpurowego dywanu gruby niczym sekwoja z lasów Cal-Tharien. Nie zwężał się zbytnio aż do miejsca, w którym przebijał gotyckie sklepienie pomieszczenia. Zdałem sobie sprawę, że światło padające na ten olbrzymi lodowy kryształ gdzieś poza obrębem olbrzymiego zamku rozświetla ten niezwykły słup, nadając mu piękną, niemal magiczną poświatę i rozganiając częściowo mroki sali.
    Wykute w lodzie stopnie prowadziły do majestatycznego tronu wyrzeźbionego na wysokości pierwszego balkonu. Na tronie siedział starzec równie potężny i muskularny, co reszta swego ludu, lecz widocznie sędziwy. Jego pomarszczona i naznaczona siatką blizn twarz wydłużała ku dołowi bajecznie długa broda, siwa niczym popiół, sięgająca pierwszego stopnia u podnóża tronu. Pasma siwych włosów obejmowała korona, stanowiąca prostą żelazną obręcz opasającą głowę z pionową przegrodą zasłaniającą nasadę nosa i strzelającą szpicem kilka centymetrów ponad czoło.
    Tuż pod tą obręczą ujrzałem parę oczu tak intensywnie błękitnych, jak serce wiecznego lodu. I równie zimnych.

    Resztką sił powstrzymywałem drżenie głosu wymieniając wyuczone uprzejmości względem Króla oraz oznajmiając w czyim imieniu przybywam, niosąc wieści.
    Starzec odczekał chwilę po tym jak skończyłem wypowiedź, po czym ledwo zauważalnie uniósł palec, nakazując jednemu z przybocznych przyniesienie mu listu, który trzymałem wyciągnięty ku niemu, pozostając w lekkim, kurtuazyjnym ukłonie. Nie uniosłem wzroku kiedy ktoś wyszarpnął papier z moich rąk. Kiedy sala rozbrzmiała głuchym echem butów uderzających w lodowe stopnie moje serce zaczęło bić szybciej. Czarne myśli napadły mnie niczym stado wilków. Co jeśli wiadomość nie okaże się pomyślna? Cholera, krasnoludy szykowały się do wojny, napięcie w północnym paśmie sięgało zenitu już od paru miesięcy. Ten list mógł być równie dobrze prośbą o wsparcie, co wypowiedzeniem wojny. Nie byłem szczególnie obyty w wielkiej polityce. Co jeśli władcy nie spodoba się treść wiadomości?
    Uniosłem wzrok, kiedy kroki ucichły. Król lustrował papier, a jego twarz nabierała coraz więcej zmarszczek.
    Bogowie! To koniec. Te dzikusy zaraz naszpikują mnie setkami bełtów. Albo nie, rzucą mnie do zapasów z białym niedźwiedziem, który rozerwie mnie jak szmacianą lalkę... A może przeciągną mnie przywiązanego do konia po zaspach, tak jak ja chciałem potraktować grubasa, który sprzedał mi lipne skóry? Trzęsłem się jak osika, musiałem wyglądać żałośnie. Przełknąłem ślinę, a na czoło wstąpiły krople potu, natychmiast zamarzając, tworząc na mych skroniach lodową koronę. Koronę głupca...

    Król Północy wpatrywał się w list ze złowrogim grymasem - zdawało by się dłużej, niż potrzeba, by przeczytać treść wiadomości. W końcu uniósł swe trupio lodowe oczy, wbił je we mnie i nie zmieniając ani na chwilę ponurego, upiornego wyrazu twarzy powoli, głuchym głosem wypowiedział dwa słowa:
    "Niech spróbują."
    Dotarło do mnie, że jest to informacja zwrotna, którą mam przekazać krasnoludom. Wtem z każdej strony rozległ się potworny śmiech wartowników. To było groteskowe, wszyscy jak jeden mąż zaczęli rechotać donośnym basem w koszmarnej szyderze, a podrygiwanie ich zbroi rozlegało się metalicznym szczękiem potęgującym wrażenie. Każdy śmiech i każdy zgrzyt stali odbijał się od ścian olbrzymiego hallu, rezonując i uderzając we mnie ze zdwojoną siłą, niczym milion batów. I tylko Król wpatrywał się we mnie tym samym surowym wzrokiem, nie drgnąwszy nawet najmniejszym mięśniem.
    Zrozumiałem, że to koniec audiencji. Wycofałem się, kłaniając nisko, szorując wełnianą czapką po dywanie. Nogi mi się plątały tak, że mało nie upadłem. Rechot zbrojnych wypełniał całą salę i zdawało się że odbijał się echem w mojej głowie. Musiałem się stąd wydostać...
    Po paru długich chwilach byłem już za bramami stolicy Northrandu, z nowym koniem, za którego słono przepłaciłem. Nowa dawka energii dodała mi sił, by czym prędzej opuścić to przeklęte miejsce. W mojej głowie wciąż rozbrzmiewał głos makabrycznego śmiechu wartowników i zgrzyty ich zbroi. Każda skała zmrożona lodem zdawała się odbijać spojrzenie Lodowego Króla... Pognałem konia, tonąc w czarnych myślach.
    Z marazmu wyrwał mnie donośny ryk za moimi plecami. Odwróciłem się...
    Nad oddalającym się za mną zamkiem unosił się wielki stwór podobny do błękitnego ptaka. Dopiero gdy usiadł na jednym ze szczytów w pobliżu osady dostrzegłem jego pełen zarys.
    Wtuliłem głowę w grzywę konia i popędziłem go jeszcze mocniej. Nie odwróciłem się już ani razu, modląc się do każdego znanego mi boga po kolei. Dopiero gdy po kilku godzinach cwału przez potworne zaspy dostrzegłem pierwsze zmarznięte drzewa moje serce zaczęło bić odrobinę wolniej.
    Tam tego dnia pierwszy raz w życiu ujrzałem lodowego smoka.
    .....................

Posting Permissions

  • You may not post new threads
  • You may not post replies
  • You may not post attachments
  • You may not edit your posts
  •